Wyzwanie 52 książki 2018 – podsumowanie kwartału numero uno

Denerwują mnie ludzie, którzy mówią, że nie mają czasu czytać książek. Dupa jasiu. Zawsze znajdziesz czas, żeby robić to, co lubisz, więc jak nie masz czasu czytać książek, to tego nie lubisz i idź być pseudointeligentem gdzie indziej! Ale abstrahując – nie mam czasu, żeby czytać książki xD Przemycam czytanie do tramwaju i na przerwę do pracy, czasami do kolejki przy kasie. Wszyscy myślą już pewnie, że taki ze mnie mol książkowy, a ja po prostu rzadko mam okazję czytać w domu… Ale oto 10 książek, które udało mi się wcisnąć w mój napięty grafik!

 

Oto miasto, gdzie z przemocy rodzą się prawdziwe potwory. Każdy okrutny uczynek tworzy monstrum z otchłani mroku. Ludzie przelewają własną krew? Z tego wyłania się potwór, który przeleje jej jeszcze więcej. Nie jest to przyjazny świat, główni bohaterowie nie mają czasu na odpoczynek, miłość czy spełnianie marzeń. Muszą przetrwać. Wybrać stronę, po której stoją. Bo chociaż ludzie wiedzą, że przemoc rodzi prawdziwe zło… wcale nie przestają jej stosować. Realne strasznie to fantasy. I godne polecenia.

Czyta się szybko, bo akcja rwie do przodu. Głowni bohaterowie są z krwi i kości i tylko świat – wygląd miasta i ludzi – wydaje się momentami niewystarczająco opisany. W przeciwieństwie do demonów, które go nawiedzają. Książka jest jednak naprawdę pełna okrucieństwa i to takiego smutnego, bo chociaż potwory i tak dalej… to wciąż najgorsi są dla siebie sami ludzie.

 

 

Posiadam tę powieść wydaną w serii “arcydzieła literatury współczesnej”, więc oczywiście sięgając po nią, sądziłam, że to właśnie arcydzieło. Dodatkowo ochy i achy, a jakaś osoba napisała nawet, że ta książka skłoniła ją do zostania pisarką… Brzmi jak marzenie…
Czyta się łatwo, bo styl Johna Irvinga jest barwny i ciekawy. Niestety jeżeli chodzi o fabułę, to jest barwnie i ciekawie, ale w męczący, przerysowany sposób. Z wypaczoną seksualnością na czele, mnóstwem śmierci (mnóstwem) i ukazanym komiczno-dramatycznie (ale nie w śmieszny lub smutny sposób) moralizatorstwem. Motywacja i decyzje bohaterów były w większości tak idiotyczne, że w pewnym momencie ich los zaczął mi kompletnie zwisać. Jedyna postać, którą polubiłam – Roberta – trochę mi poprawiała komfort czytania, ale zawsze znalazł się nasz główny bohater – niedojda Garp – który musiał mi go popsuć. Powieść, swoją drogą, jest pisana dużo lepiej na początku, niż pod koniec. Jest to jedna z książek “które wypada znać”, ale posłuchajcie mojej rady: kłamcie w towarzystwie, że ją czytaliście i sięgnijcie po jakieś inne arcydzieło – najlepiej takie, zasługujące na to miano.

 

Jedna z tych książek, które pozostawiają człowieka z dziwnymi myślami. Opowieść o paczce przyjaciół: pijaczków, których nie obchodzi nic poza dniem dzisiejszym i tym, jakby się tego dnia napić. Ich pomysłowość, co do zdobywania wina i jedzenia, jest godna szacunku, ale to co naprawdę porywa, to ich historie i podejście do życia.

Powieść jest przepełniona metaforami i właściwie każde chyba zdanie można by stamtąd wyrwać i podać jako cytat. Grupa – zdawałoby się – darmozjadów, ma więcej do powiedzenia niż inteligenci, których jedynym marzeniem jest mieć więcej i więcej pieniędzy i być ważnym w oczach innych. Chociaż bywają egoistyczni – Danny, Pilon i reszta – czują skruchę przed posiadaniem rzeczy, dzielą się i myślą o innych. Ich przemyślenia dotyczą przemijania, dobroci i stworzeń nie posiadających głosu (piesków Pirata). Wolno prowadzona narracja podkreśla spokojny rytm ich życia, upał panujący na ulicach Monterey. To prawdziwa perełka wśród książek.

 

 

 

Jeżeli chodzi o romanse to albo mi się spodobają, albo kompletnie przepadają, gdy odwrócę wzrok. Niestety większość tego typu książek jest pisana w sposób, od którego zęby bolą. A ja lubię sobie usiąść z książką, która mnie rozbawi i “rozchichocze”*, a znaleźć taką to ciężka praca.

O tej już zapomniałam. Jest na mojej półce, ale nie pamiętam o czym była. Kolejna nudnawa historyjka z rodzaju love-hate i tyle. Pewnie była infantylna… ale nie pamiętam xD Mogłam na nią poświęcić jeden dzień lub mniej. Mogłam jej nie doczytać do końca… No nie wiem! Dlatego niepolecam, bo po co? Też o niej od razu zapomnicie.

 

 

 

 

 

Trzecia i ostatnia część Odcieni Magii. Z trylogiami tak jest, że ostatnia część jest zazwyczaj najgorsza, a zakończenie po tym, gdy przyzwyczajamy się tak mocno do bohaterów, jest rozczarowujące… Ale Bogu dzięki, nie tutaj!

Ostatnia odsłona przygód Lili, Kella, Rhy’a i Alucarda nie zwalnia tępa, ani nie łagodnieje. Powieść jest pełna tego, do czego panna Schwab przyzwyczaiła nas od początku: miksu łotrzykowskiej historii, z dozą gorącokrwistych bohaterów, braterskiej miłości, konieczności radzenia sobie w brutalnym świecie, sporą ilością walk i jeszcze większą ilością magii! To jest prawdziwa przygoda i jestem pewna, że za kilka lat wrócę do tej trylogii, bo była to wyśmienita podróż. Powinno być więcej takich światów, jak ten, w których czytelnik może się zanurzyć po same uszy. Jedyny minus, to że się już skończyło.

 

 

 

Uwaga: ta książka z pewnością nie nauczy Cię jak zostać pisarzem. Może Cię skonfundować, zdenerwować, ale to tylko jeśli wcześniej nie zanudzi Cię na śmierć.
Zaczyna się od próby wyjaśnienia czy bycie pisarzem to kwestia talentu, czy ciężkiej pracy. Podczas tego objaśniania pada słowo grafomania, ale autorzy radzą nam nią się tym nie martwić (WTF?!). Kilka bzdur i wiele cytatów później przechodzimy do kolejnego rozdziału, który kończy się stwierdzeniem, że jeżeli chcesz zostać pisarzem, to absolutnie musisz iść na kurs kreatywnego pisania…
Boże w niebiosach widzisz i nie grzmisz!
Ta książka nic tylko próbuje przekonać czytelnika, że jest kompletnie do niczego. I co najsmutniejsze – w tym jednym tylko się nie myli. Kolejne rozdziały i kolejne “złote myśli” są jeszcze gorsze. Po kiego grzyba to czytać, nie mam pojęcia. Lepiej iść mieszkanie posprzątać, przynajmniej będzie czysto, bo po tym szalenie przydatnym poradniku, można jedynie już chcieć zostać wydawcą, co by zadbać, żeby więcej takich koszmarków nie ujrzało światła dziennego.

 

Pierwszy raz sięgnęłam po tę książkę mając trzynaście lat. Nazwiska mi się mieszały, szybko gubiłam się w zakamarkach fabularnych i w gruncie rzeczy niewiele z niej wyniosłam oprócz ogromnego zafascynowania Behemotem.
Teraz, te ładnych kilka lat później, ta powieść zmiotła mnie całkowicie. Dwa razy niemal przegapiłam przystanek, tak się zaczytałam. Te postaci, szalone wydarzenia, puszczanie oka do czytelnika i możliwość własnej interpretacji, sprawiły, że najbardziej na świecie zapragnęłam poczytać o tym, jak Bułhakow pisał tę książkę. Do takich pozycji powinni dodawać “making of”, jak do dobrych filmów wypuszczanych na blu rayu, czy na jakim nośniku się teraz filmy ogląda xD.
Tak czy siak! Jeżeli zastanawiasz się, czy poświęcić czas na “Mistrza i Małgorzatę”, to odpowiedź brzmi: “Co to za głupie pytanie?! Won do czytania!”.
A przynajmniej tak sądzę, że ująłby to Behemot.
Fantastyczna książka. Żal przegapić.

 

Właśnie zauważyłam, że na okładce jest napisane, że tutaj mistrz jest znacznie seksowniejszy niż bohater Pięćdziesięciu twarzy Greya… No o to nietrudno. Jest to jednak prawdziwe stwierdzenie, bo główne ciasteczko tego romansu jest całkiem gorące. Opis jego wyglądu średnio przypadł mi do gustu**, ale za to charakter Reid’a i jego poczucie humoru, były fantastyczne. Autorka nie idzie na łatwiznę, ona nie pisze, że facet jest zabawny i zawadiacki, ona to pokazuje w dialogach i relacji z główną bohaterką. Która swoją drogą jest zakompleksiona, ale na pewno nie głupia. Oboje tworzą ciekawą mieszankę i ich historie czyta się może nie z wypiekami na policzkach, ale na pewno bardzo przyjemnie.

Sceny seksu są nieliczne i całkiem zgrabnie opisane, a zakończenie nie budzi mdłości, tylko takie “awww”, więc z czystym sercem mogę polecić.

 

 

 

 

 

Czytałam fantasy, obyczajówkę, romans, poradnik, satyrę i erotyk, więc przyszedł czas na moje all time gulity pleasure, czyli kryminał/thiller. Przeczytałam połowę. Na początku zbyt dużo było o gwałcie i ciężko mi się było wgryźć i marudziłam na to wszystkim, ale sposób narracji mnie fascynował, więc brnęłam dalej… Narracja się nie zmieniła, ale tak właściwie nic się nie zmieniło. Wątki jakie były, tak dalej ciągnęły się w ten sam sposób, informacji nowych niemal nie dostaliśmy.  Nie chodzi o to, że całość była niezjadliwa… chodzi o to, że w połowie zdałam sobie sprawę, że się, cholera, nie najem. No nuda i na to trochę więcej nudy, polane sosem z męczącego pierdolenia. Mega rozczarowanie. Może kiedyś skończę, ale większe prawdopodobieństwo jest, że wcześniej zrobię sobie operację by przypominać Nicki Minaj i zacznę jeździć po świecie, żeby występować jako jej dopellganger.

 

 

Zanim zacznę, miejcie na uwadze, że Krótka historia prawie wszystkiego, wcale nie jest krótka 😀 Dotyka jednak przeogromnej liczby kwestii i odpowiada na pytania, które pewnie nie raz sobie zadawaliście. Opowiada o chemii, geologii, fizyce, fizyce kwantowej i wszystko robi w przyjemny, nie przytłaczający sposób. Dowiadujemy się o tym jak powstał wszechświat i nasza planeta Ziemia i wszystko to śledząc naukowców, którzy to badali. Dopóki oni nie poznają odpowiedzi i my jej nie będziemy znać. Spotykamy ich mnóstwo: szaleńców i nudziarzy, kłamców i rozpieszczonych bachorów. I oni wszyscy przyłożyli się do naszej wiedzy, którą później Bill Bryson zebrał w tej jednej – wcale nie takiej krótkiej – książce.

Czyta się zdumiewająco szybko jak na ilość materiału, którą tutaj przerabiamy. Powinni to w szkole uznać za lekturę obowiązkową, bo to jest nauka poprzez przyjemność. Jedna z lepszych książek popularno-naukowych jakie czytałam. Gorąco polecam ^^

 

I to niestety wszystko! Dziesięć książek, a trzy miesiące minęły jak z bicza trzasł! Mam nadzieję, że kolejny kwartał pójdzie mi lepiej!

Trzymajcie się, Kociaki! ;*

Maddie B.

* rozchichotanie

** to mój typ

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *