The end of the f***ing world!

Chwytliwa nazwa, co? To tytuł nowego serialu zaserwowanego nam przez Netflix. I to serialu nie byle jakiego. Nie cierpię, gdy recenzenci piszą, że jakiś film czy serial jest “spełniony” (Co to w ogóle ma znaczyć, że film jest spełniony, hę?), ale coś mi się wydaje, że “The end of the f***ing world” jest bardzo spełnione. Na pewno spełniło swoją rolę w byciu zajebistym.


Jeżeli obserwujecie jakiekolwiek artystyczne/indie strony, to na pewno rzuciły Wam się w oczy screeny z tego serialu, bo oprawa wizualna jest fantastyczna. Ujęcia, światło i dizajn postaci robią robotę. Z każdego odcinka można wybrać kilkadziesiąt kadrów na tapetę dla hipstera, poważnie. Dużo z nich jest naładowanych emocjami, inne po prostu oddają marazm i piękno dorastania w naszych czasach. Tak – same zdjęcia, a poczekajcie tylko na fabułę!

No więc mamy dwójkę nastolatków: Jamesa i Alysse. On jest psychopatą, który w młodości wsadził dłoń do rozgrzanego oleju, żeby coś poczuć, ona jest piątym kołem u wozu w swojej rodzinie i chce coś żyć naprawdę, poza internetem. James zwraca na nią uwagę, bo uznaje, że ona będzie jego pierwszą ludzką ofiarą. Tak – postanawia ją zabić. Ona postanawia się w nim zakochać. Połączenie się ich ścieżek owocuje najdzikszą ucieczką z domu w historii.

 

 

 

 

 

 

 

Co mnie najbardziej ujęło w tym serialu, to główny przekaz. To chyba nie będzie spojler jeśli powiem, że główne postaci tak bardzo nie pasują do otaczającego ich świata, że ucieczka wydaje się jedynym wyjściem. Ich rozwój, emocje, które nimi targają i decyzje jakie podejmują są całkowicie przekonywujące. Nie ma fałszu w tej szalonej dwójce. Stoją okoniem przeciwko płaskiemu, okrutnemu światu. Są moralnie elastyczni, ale ich wrażliwość jest poruszająca. W konsekwencji, chociaż można uznać – i wielu tak pewnie by zrobiło – że główna dwójka jest zła, są oni jednymi z najdelikatniejszych postaci w serialach. Wrażliwość staje naprzeciwko współczesności. Mówiłam? Marzenie hipstera.

Nie wszystko to miód, cud i orzeszki. Niektóre sceny są wstrząsająco brutalne i nie mam tu na myśli krwi (chociaż tej też jest sporo), a ludzkie zachowania. To jak ludzie się traktują nawzajem w tym serialu oddaje niesmak jaki czuję wobec świata. I chociaż prawda jest taka, że lubię oglądać rzeczy, które mają dobry wydźwięk, kolorują rzeczywistość, żeby była łatwiejsza do przełknięcia, to ten serial mnie kupił. Mimo to bywa, że ciężko się na to patrzy i to jest i plus i minus, jeśli wiecie co mam na myśli.

(Ten młodzieniaszek w pierwszym kadrze to syn Nicka Cave’a – Earl)

 

Serial został nakręcony na podstawie komiksu Charles’a Forsmana z 2011 roku. Nie czytałam go, ale to zrobię chociaż kreska mnie niespecjalnie przekonuje*. Widać to ekranie, w przerysowaniu przedstawionego świata i  bardzo komiksowych wewnętrznych monologach głównych bohaterów. Niech to Was jednak nie zraża, Kociaki, postaci nie są przez to mniej realne. Osiem odcinków po dwadzieścia kilka minut daje łącznie około trzech godzin. Jak długi, ale bardzo dobry film. Binge watching tutaj może wejść pełną parą 😉 Także przyszykujcie popcorn, pringlesy, herbatkę i kocyczek i do dzieła!

 

Cheers! Maddie B.

 

niespecjalnie przekonywująca kreska

 

 

 

:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *