Wonderland Noir

Życie jest szare.

Tak brzmiały ostanie słowa jej babci. Słowa przedarły się przez pożarte chorobą gardło i zawisły nad jej ciałem. Przez wiele lat Maria sądziła, że chodziło o świat pozagrobowy i o to jak kolorowy wydał się jej babci w porównaniu do tego, który opuszczała, ale w momencie, w którym zobaczyła Tancerza zrozumiała, że to nieprawda.

Życie było szare. Składało się z tych samych zdań powtarzanych codziennie po tysiące razy, dopóki człowiek nie musiał się napić, by móc powiedzieć, co naprawdę myśli lub co sądzi, że myśli. Było jak nieskończona układanka, ale nie trudna, nawet nie kostka Rubika, a coś śmiesznie prostego, tak że nawet idiota mógł je rozkładać i składać bez cienia skupienia. Inteligenci za to siedzieli nad nią dłużej, podejrzewając, że jest w niej coś, czego jeszcze nie dostrzegli, ale nie widząc, że w rzeczywistości jest tylko tym, co widzą. Nie mieściło się im to w głowach.

I Marii nie mieściło się również.


Tancerz wskoczył na nieczynną fontannę i okręcił się dookoła własnej osi. Jasne włosy zafalowały podążając za nim, przechodnie przystanęli, niektórzy zaczęli go nagrywać. Nie był prawdziwym tancerzem i z pewnością był naćpany, chociaż jego ruchy były płynne. Maria podeszła bliżej, chcąc mu się przyjrzeć. Obudził w niej wspomnienie babci i kazał nad nim zastanowić, chociaż nie wypowiedział do niej ani jednego słowa. To ta otoczka wolności, całkowitego nieskrepowania, dała jej do myślenia.

Kiedy ostatni raz ona cieszyła się wolnością? Kiedy zrobiła coś, tylko dlatego, że sprawiało jej to przyjemność?

Kiedy w ogóle była szczęśliwa?

Te i inne pytania tłukły się jej po głowie, gdy stała pod fontanną, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami, chłonąc jego widok. Nie zauważyła nawet, że wyszła przed tłum, że bliżej jej było do tego jasnowłosego szaleńca, niż ludzi stojących za nią. Chciała wejść tam do niego, pozwolić się ponieść muzyce wszechświata, jego schizofrenicznej nucie, ale nie potrafiłaby się na to zdobyć. Tłum trzymał ją mocno, chociaż nikt jej nie dotykał. Może właśnie ułożyła swoją układankę.

Zaczęła się wycofywać, pewna swojego błędu – spieszyła się do pracy, potrzebowała…

Potrzebowała dotrzeć tam na dziewiątą, potrzebowała zatańczyć, potrzebowała, żeby ten cholerny drań zszedł wreszcie z fontanny, zniknął, przepadł.

– Złaź! – wrzasnęła nagle, wściekła na niego za tę nieskrępowaną wolność. – Zejdź, słyszysz?!

Ludzie zaczęli się jej przyglądać i zrozumiała, że źle postąpiła, dając znać o swoim istnieniu, ale wtedy Tacerz na nią spojrzał.

Mogło jej się tylko wydawać, ale miał piękne oczy.

Zatrzymał się, balansując na jednej nodze, ale zaraz stanął na obu, pewnie, jakby był całkowicie trzeźwy, chociaż wiedziała, że jest pod wpływem narkotyków.

– Zejdź – szepnęła.

Zbliżył się i zeskoczył na ziemię, lądując tuż przed nią. Nie zdawała sobie sprawy jaki jest wysoki, dopóki nie znalazł się tak blisko; musiała zadrzeć głowę do góry, żeby spojrzeć mu w oczy. Chwilę tak na siebie patrzyli, aż wreszcie on zapytał cicho:

– Zatańczysz ze mną?

Nie odpowiedziała, bo głos ugrzązł jej w gardle, dławiony przyzwoitością.

Rozejrzał się po otaczającym ich tłumie, po wycelowanych w nich telefonach komórkowych i nagle złapał ją za rękę.

– Wynośmy się stąd! – zawołał i wpadł prosto w tłum, ciągnąc ją za sobą.

Maria była zbyt zdumiona tym nagłym zwrotem akcji, żeby zaprotestować. Mężczyzna biegł, rozpychając ludzi na boki i nie bacząc na innych. Nikt nie mógł stanąć na drodze do jego wolności, szaleństwo przesączało się przez jego pory, wchłaniało w dłoń Marii, aż zaczęła śmiać się głośno, dając się mu poprowadzić w kolejną ulicę i kolejną.

Światło zniknęło.

Tancerz wciągnął ją do jakiegoś zaułka i puścił jej dłoń. Cofnęła się wystraszona i poczuła za sobą chłodne cegły. Zbliżył się do niej, a jej odebrało dech, chociaż nawet jej nie dotknął. Wciągnęła w płuca jego zapach: wanilii zmieszanej z gorczycą, słodko-gorzki, odurzający. Zamierzała krzyknąć, wzywać pomocy, ale zamiast tego wyszeptała przez wyschnięte gardło:

– Ładnie pachniesz

Zaczerwienił się zaskoczony, ale po chwili na jego usta wypłynął uśmiech. Pochylił się, a końcówki jego włosów musnęły jej policzek.

– Ty też – powiedział cicho.

Oddech zamarł jej w płucach, a serce zaczęło walić jak oszalałe. Całe jej ciało było świadome jego ciała znajdującego się tak blisko. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek doświadczyła czegoś podobnego. Zacisnęła mocno powieki, nie mogąc patrzeć w jego oczy z tak bliska, a po chwili poczuła jego oddech na swojej szyi. Przebiegł ją dreszcz. Mężczyzna musnął nosem linię jej szczęki, jego wargi otarły się delikatnie o jej skroń, a potem chwycił jej dłonie i pocałował ją we wnętrze nadgarstka. Czekała na jego dalszy ruch, ale on zamarł. Otworzyła oczy i zobaczyła, że Tancerz wpatruje się w tarczę jej zegarka.

– Spóźnię się! – rzucił w lekkiej panice.

Puścił ją i zrobił taki ruch, jakby chciał rzucić się biegiem w stronę swojego przeznaczenia, ale jego wzrok pomknął do twarzy Marii.

– Bądź o dziesiątej – powiedział.

– Gdzie?

Wyciągnął z kieszeni długopis i zapisał jej adres na dłoni. Spojrzał jej głęboko w oczy, zaciskając palce na jej ręce.

– Będę na ciebie czekał.

Puścił ją i oddalił się biegiem, zostawiając ją samą.

***

– Gdzie ty byłaś na miłość boską?!

Daniel był szary. Wszystko, czego dotykał, odbarwiało się, traciło życie. Jakim cudem zauważyła to dopiero teraz?

– Na mieście.

– Nie było cię w pracy! Karol dzwonił.

– To nie jest ważne – wyszeptała i poszła do pokoju.

Poszedł za nią, wyrzucając z siebie słowa, nad którymi nie rozmyślał. Wreszcie szarpnął ją za ramię, żeby stanęła z nim twarzą w twarz.

– Co ty wyprawiasz?!

Męczyło ją patrzenie na niego, w te oczy, które nic nie widziały. Ściągnęła żakiet: cofnął się, obserwując ją, jakby była wściekłym zwierzęciem, ściągnęła bluzkę: jego czoło się wygładziło, ściągnęła spódnicę: chciał zbliżyć się ponownie.

– Odsuń się – powiedziała spokojnie.

– Słucham?

– Jest po dziewiątej, spóźnię się.

– O czym ty mówisz?! Gdzie się spóźnisz?! Chyba nie myślisz, że cię wypuszczę z domu o tej godzinie?! Chyba nie zamierzasz poważnie wyjść?!

Potok pytań, na które nie chciał znać odpowiedzi, nie dlatego, że mogły go zranić, a dlatego, że nie mogły. Nie kochał jej, bo gdyby czuł miłość, miałby kolory.

Założyła niebieską sukienkę wyciągniętą z szafy i pokręciła głową.

– Przecież wiesz, Daniel. Przecież wiesz.

On też pokręcił głową. Kręcił nią i kręcił, jakby chciał coś wymazać.

– Nie – powiedział. – Jesteś szalona.

– Gdybym była szalona, kochałbyś mnie?

– Nie! – wrzasnął. – Co się z tobą dzieje?! Dlaczego nie zachowujesz się normalnie?! Jesteś naćpana? Ktoś ci coś dał? Boże, powiedz… Ktoś ci coś dał?!

Nagle zapragnęła zatańczyć na środku pokoju i roześmiała się głośno z tego powodu.

– Wychodzę – rzuciła.

– Maria!

– To koniec – dodała, gdy poszedł za nią do przedpokoju. – Koniec. Już więcej nie musimy na siebie patrzeć. Kompletnie nigdy, w ogóle nie musimy się już dotykać i odbierać sobie kolorów.

– O czym ty, do diabła, gadasz? Jesteś chora!

Umknęła przed jego dłońmi i wypadła na korytarz. Adres, który zapisał jej Tacerz znała już na pamięć, podała go taksówkarzowi i z bijącym sercem obserwowała budynki znikające w ciemności, gdy mknęła przez noc.

Cel podróży ją zaskoczył: wysiadła z auta przed barem w szemranej ulicy, gdzie wszystko przeczyło pięknu Tancerza, ale nie zraziła się. Weszła do środka pewna, że zastanie go tam, czekającego na nią, ale nie mogła go dostrzec w barwnym tłumie: tutaj wszyscy iskrzyli kolorami, sala rozbrzmiewała jazzem i śmiechem. Nagle wystraszona podeszła do baru, głos w głowie krzyczał: zadzwoń do Daniela, wycofaj się, uciekaj, ale została, pewna, że podejmuje dobrą decyzję. Zmierzała do brzegu, pięknego ogrodu, do szczęścia.

Usiadła blisko grupki draq queen ubranych w suknie z piórami i zaczęła się przysłuchiwać ich historii o nielegalnym wyścigu, rozglądając się jednocześnie wokół. Nigdzie nie mogła go dostrzec. Zapytałaby o niego, ale przecież nie wiedziała jak on się nazywa. Liczyła na łut szczęścia, na cokolwiek.

– Przepraszam – zaczepiła cicho, pierwszą z brzegu draq queen. – Czekam na kogoś.

– A czy nie wszyscy to robimy?

Pierzasta gromadka roześmiała się, a Maria się zaczerwieniła.

– Umówiłam się tu z kimś. Spotkałam go dopiero dzisiaj i… on tylko podał mi adres i godzinę, ale teraz nie wiem… – Zaczęła się plątać, nagle zaniepokojona tym wszystkim.

– Och, kochanie! – westchnęła Czerwona Pierzasta. – Z pewnością mówisz o Rafale. Już poszedł. Z inną kobietką, z którą się umówił. Przykro mi.

Gromada pierzastych wzięła wspólny oddech i wydech, w którym pobrzmiewało współczucie. Na Marię spadła cała szarość świata. Nie wiedziała, co powiedzieć. Wstała i zaczęła się przepychać przez tłum w stronę wyjścia. Z każdym krokiem traciła kolor; miała wrażenie, że zostawia ślady barw na podłodze lokalu. Tak przedstawiała się rzeczywistość i to próbowała przekazać jej babcia. Życie było szare – nie miało nic wspólnego z tańcem, wolnością i szczęściem.

Wyszła na zewnątrz, a lepkie powietrze uformowało się w dwie małe łzy toczące się po jej policzkach. Nie miała pojęcia, co teraz. Naprzeciwko widziała wielki banner migający na czerwono: KRÓLOWA ZAPRASZA. Reklamował jakąś hipsterską imprezę, z rodzaju tych, na które Maria czuła się za stara. On na pewno tam zatańczy.

Ta myśl sprawiła, że szarość stała się nie do zniesienia. Zamierzała wrócić do baru i wypić tyle drinków, ile zmieści w swym skręconym przez rzeczywistość ciele, ale wtedy przez noc dotarł do niej szept:

– Myślałem, że już nie przyjdziesz.

Odwróciła się gwałtownie z z sercem w przełyku i stanęła naprzeciw niego.

– Czekałem na ciebie – powiedział z uśmiechem.

Nie znalazła słów, żeby mu odpowiedzieć. Słowa zresztą były takie przeceniane, takie niepotrzebne. Złapała go za ręce, ściskając je mocno, ale był tam, realny, tuż przed nią. Nie mogła w to uwierzyć. Objął ją w talii, zbliżając się do niej, jakby znali się dłużej, niż te kilka sekund, które spędzili razem.

– Czy to nie zabawne? Kiedy przestajesz w coś wierzyć, a to się nagle pojawia? Jakby przeznaczenie czekało za progiem.

Pokiwała głową, chłonąc jego zapach. Przebrał się: miał teraz na sobie koszulę i kamizelkę, a jasne włosy wciąż w nieładzie okalały jego twarz. Przypominał jej trochę dandysa ze starych czasów, brakowało tylko cylindra.

– Idziemy do Królowej? – zapytał, patrząc ponad jej ramieniem.

Znów skinęła, nie ufając swojemu głosowi. Bała się, że jeśli coś powie, to zniszczy tę chwilę. Ruszyli więc, trzymając się za ręce. Ciemność zdawała się rozpraszać wokół jej Tancerza, a cała jego postać lśniła energią.

Nagle przyciągnął ją do siebie, odepchnął, a potem tak nią pokierował, że zrobiła obrót i wpadła znów w jego ramiona.

– Nie bądź smutna – wyszeptał, schylając się do niej. – Bo świat cię pożre.

– Co powiedziałeś?

– Nie słyszałaś? – Schylił się jeszcze niżej, a jego usta otarły się o płatek jej ucha. – Świat pożera nieszczęśliwych. Udawaj jeśli musisz, ale nie trać humoru, bo oni to zauważą.

– Ale ja nie chcę udawać – powiedziała z przekonaniem.

Uśmiech rozjaśnił jego twarz.

– Ja też nie – odpowiedział i złożył pocałunek na jej ustach.

To było tylko muśnięcie, zbyt krótkie, żeby mogła coś poczuć, ale i tak przeszył ją prąd. Złapała go za ramię, gdy się odwracał, stanęła na palcach i docisnęła swoje usta do jego warg. Cały świat wybuchnął jaskrawymi kolorami, pochłaniając wszystko wokół: wątpliwości, strach, szarość. Jarzyli się jak stuwatowe żarówki pośrodku mroku nocy. To już nie był prąd, to była fala. Nie pożądanie, coś więcej niż to pierwotne uczucie, coś ogromnego, ciepłego i pięknego. Zatracić się w tym byłoby tak łatwo, utopić, zniknąć pod powierzchnią i już nigdy nie wrócić.

Odsunęli się od siebie, na jego twarzy widoczna była niepewność.

– Też to poczułaś? – zapytał.

Pokiwała głową.

– Niesamowite! – zawołał.

– Tak… Ja… To nie ma sensu. Jeszcze wczoraj cię nie znałam.

Zmarszczył brwi.

– A kto decyduje co ma sens, a co go nie ma? Jest jakaś komisja pełna starych flegmatyków, którzy obserwują, co się dzieje na świecie i debatują? Panie sędzio, ta sytuacja nie ma sensu, wnoszę, żeby ogłosić ją bezsensowną i zaprzeczyć jej istnieniu! – zawołał, unosząc palec wskazujący w górę.

– Czy ktokolwiek chce się sprzeciwić? – zapytała głębokim głosem Maria.

– Ja! – krzyknął Tancerz. – Ja Filip Biały sprzeciwiam się zaprzeczeniu istnienia tej sytuacji. Zdarzyła się i zdarzy ponownie!

Wsunął dłonie w jej włosy i przyciągnął jej twarz bliżej swojej.

– Pasuje ci ta sukienka – powiedział.

– Pasuje ci ta kamizelka.

Pocałowali się ponownie, ale tym razem fajerwerki były cichsze, za to ich usta bardziej łakome. Filip przeczesał jej włosy palcami, zsunął dłonie na kark, a potem na plecy i przyciągnął ją do siebie. Schronili się w cieniu pod szyldem, niepomni na mijających ich przechodniów. Krew wrzała w Marii, a jej myśli były kotłowaniną szaleństwa.

To nie może dziać się naprawdę. Zwariowałam! Jego tu nie ma, a ja leżę w śpiączce w szpitalu. On jest pod wpływem narkotyków, tańczył na placu, dopiero poznałam jego imię…

Wszystkie te myśli uleciały z jej głowy, gdy Filip dał kilka kroków w bok i docisnął ją do wystawy sklepowej. Jego usta smakowały jak świeże poziomki, jak whisky i jak wolność. Dotykali się powoli i delikatnie, ale zaczęło rosnąć między nimi napięcie, które popchnęło ich do siebie jeszcze bliżej.

Namiętność była czerwona i mąciła myśli. Maria nie czuła już nic więcej prócz dotyku Filipa, jego długich placów na swojej talii, ust na swoich ustach, jego ciała dociskającego ją do szyby. Byli jednym organizmem, który chciał sam się pochłonąć. Istnieli: żywi i pulsujący barwami.

Wreszcie zamarli, zdyszani i buzujący energią. Filip oparł przedramiona o wystawę, zamykając ją między nimi.

– Wszyscy już na nas czekają – wyszeptał.

– Na mnie nikt nie czeka – powiedziała z przekonaniem.

Odsunął się nieznacznie.

– Ja bym na ciebie zawsze poczekał.

– Nawet gdybyś był bardzo spóźniony?

– Nawet wtedy – zgodził się z lekkim ukłonem.

– A co gdybym była szalona? – zapytała bardzo cicho.

Roześmiał się głośno i chwycił jej dłoń.

– Jakie nieszczęście gdybyś nie była! Wszyscy jesteśmy tu szaleni! – zawołał i pociągnął ją w dół ulicy.

***

Klub „Talia Kart” znajdował się w starej kamienicy, a plakat na drzwiach wejściowych ogłaszał, że dzisiejszego wieczoru imprezę rozkręca Królowa. Stojąc na chodniku przed wejściem, można było wyczuć basy rozchodzące się po ulicy wprost z trzewi zabawy. Bramkarz siedzący na stołku przed wejściem był ubrany na zielono, a na plecach miał przyczepione coś, co najniewyraźniej miało imitować skorupę żółwia. Przywitał się z Filipem, jakby go dobrze znał i poinformował ich:

– Dzisiaj impreza kostiumowa.

Maria spojrzała na swoją sukienkę.

– Nie jestem odpowiednio ubrana…

Filip odciągnął ją tanecznym krokiem od bramkarza.

– Nie musimy tam iść, jeśli nie chcesz – wyszeptał jej wprost do ucha, a potem chwycił ją pod brodę i obrócił jej głowę w bok, tak że spojrzała na drugą stronę ulicy. – Mieszkam tutaj.

Marię przeszedł dreszcz niepokoju. Odskoczyła od niego, z sercem w żołądku.

– Chwila…!

– Nie mówię, że… – zaczął szybko, a na jego policzkach wystąpiły czerwone plamy. – To znaczy… Jeśli byś chciała… Chciałem powiedzieć… – Zamknął oczy i wziął głęboki oddech. – Napić się czegoś? – zasugerował słabo. – Chciałem powiedzieć… moglibyśmy się czegoś napić. U mnie. Jeśli masz ochotę.

Spojrzeli na siebie, oboje czerwoni na twarzy i nagle wybuchnęli śmiechem.

– To było niezręczne.

– Przeraźliwie! Przepraszam. Masz ochotę na drinka, herbatę?

– Oczywiście.

Przeszli przez jezdnię i weszli do budynku. Drzwi się za nimi zatrzasnęły i otoczyła ich ciemność.

– Żarówka się spaliła – wytłumaczył Filip. – Daj rękę.

Wyciągnęła dłoń, a on ją ujął, ale nim zdążył dać chociaż krok do przodu, Maria pociągnęła go w swoją stronę. Zachwiał się i wpadł na nią, a ona puściła jego rękę i przeciągnęła dłońmi po jego klatce piersiowej, aż dotarła do jego twarzy. Mogłaby przysiąc, że widziała jak jego oczy jarzą się w mroku, nim się nad nią nachylił i złożył pocałunek na jej ustach. Wplotła palce w jego miękkie włosy, a on objął ją w talii. W ciemności smakował jeszcze lepiej niż w świetle lamp ulicznych. Jego ciało parzyło, tak blisko jej ciała, aż kręciło jej się od tego w głowie. Wreszcie oderwał usta od jej warg i pociągnął ją na schody. Załapała się poręczy i pobiegła za nim, czując jak śmiech i ekscytacja w niej bulgoczą. Wpadli na coś, znowu się całując. Wreszcie jednak weszli do mieszkania; drzwi z rozmachu trzasnęły o ścianę, a Filip zatoczył się na komodę. Spojrzeli na siebie z rozbawieniem, gdy nagle do Marii dotarło, że nie otacza ich już ciemność. Z pokoju na końcu korytarza sączyło się światło.

Filip zamarł zdumiony, syknął przekleństwo i pobiegł w stronę światła, zostawiając ją samą w korytarzu. Strach znów przejął nad nią kontrolę, ale nie dała dojść mu do głosu. Nie wycofała się, poszła za nim.

Znalazła się w kuchni. Długi, drewniany stół zajmował połowę pomieszczenia, a przy jego szczycie, w czarnym cylindrze i smokingu, siedział mężczyzna niesamowicie podobny do Filipa, ale jednocześnie diametralnie od niego różny. Na jego kolanach przysiadła chuda dziewczyna w kusej sukience, z mysimi uszami doczepionymi do opaski.

– Musisz nam wybaczyć, drogi braciszku. Impreza Królowej już nas znudziła.

Filip wzniósł dłonie w górę, a potem spojrzał na Marię i je opuścił.

– Och! – Mężczyzna w cylindrze roześmiał się lekko. – Masz towarzystwo. To niespodzianka.

– Tak… – Filip odchrząknął. – To mój brat, Rafał.

– Jestem Maria.

– Wyśmienicie! Byliście już na imprezie?

Maria pokręciła głową.

– Przyszliśmy… po przebranie dla Marii – skłamał Filip, zerkając na nią.

– Tak – potaknęła. – Nie chciałam pojawić się tam bez…

– Uszu! – zawołała dziewczyna Rafała. Zeskoczyła z jego kolan i podbiegła do Marii. Zdjęła opaskę i podała ją jej. – Tobie się bardziej przydadzą – powiedziała z uśmiechem.

Maria przyjęła je z lekkim zaskoczeniem. Założyła je na głowę, a Rafał się roześmiał.

– Wyglądasz słodko.

Kuso ubrana dziewczyna znowu wskoczyła na jego kolana i złożyła głęboki pocałunek na jego ustach.

– A ja nie wyglądałam w nich słodko? – zapytała, udając oburzoną.

– Ależ moja droga… Tobie niepotrzebne są uszka, żeby tak wyglądać – wyszeptał Rafał.

Zaczęli się całować, więc Maria wycofała się z kuchni. Filip podążył za nią.

– I co teraz? – zapytała Maria.

Pociągnął ją w stronę okna i odgarnął firankę na bok. Jej oczom ukazała się ulica skąpana w mroku nocy i mrugający na czerwono szyld, wyświetlający dwa słowa: Talia Kart.

– Może jednak zatańczymy? – zasugerował.

***

Muzyka była jak dotyk: gorący, parzący dotyk kochanka. Wiła się i pulsowała, aż w kościach. Filip pociągnął Marię w tłum, jakby był tu już nie raz. Królowa zajmowała najwyższe miejsce, za didżejką. Była draq queen w czerwonej sukience w czarne serca, a jej wielka peruka była uformowana na modłę tych z siedemnastowiecznej Francji. Wzniosła ręce w górę, tuż przed tym, gdy puściła kolejny kawałek i zawołała coś, na co cały klub odpowiedział okrzykiem. Maria była porażona tym miejscem, szaleństwem pod tyloma różnymi postaciami. Gdzie się nie rozejrzała, jej oczom ukazywały się fikuśne maski, przerażające kostiumy, wymyślne przebrania. Wszystko znajdowało się w półcieniu, a jedynym dobrze oświetlonym miejscem był bar, jedyną wyspą na morzu obłędu. Dotarli na brzeg ramię w ramię, na wpół objęci, a Filip zamówił im drinki. Maria odwróciła się do niego i zatopiła twarz w jego koszuli, próbując zatracić się w jego zapachu.

– W porządku?

Chciała powiedzieć, że nie, że nie chce tu być, chce go mieć tylko dla siebie, poza tym nienawidzi tłumów i jest za stara na imprezy, ale wtedy barman dał im ich drinki i po prostu wypiła swojego duszkiem.

Filip parsknął śmiechem i zrobił to samo. Ich spojrzenia się spotkały.

– Co my tu robimy? – zapytał, a przynajmniej w rytm tych słów poruszyły się jego usta, chociaż dźwięk został wchłonięty przez muzykę.

Spazm oczywistości przepłynął przez jej kręgosłup.

– Tańczymy! – zawołała i porwała go na parkiet.

Wpadli w rozgrzany tłum, a Filip nie wahał się ani chwili: jego dłoń znalazła się na jej lędźwiach, przyciągnął ją do siebie najbliżej jak mógł.

– Nie zgub się – wyszeptał jej do ucha.

Dali się porwać muzyce. To nie był dziki taniec ich współtowarzyszy zabawy, a kontrolowane przez Filipa szaleństwo. Prowadził ich po parkiecie jakby byli łodzią pośród sztormu; jego ruchy były pewne, chociaż pełne energii. Iskrzył się tak mocno, że niemal oślepiał Marię, ale ciepło jego ciała, jego bliskość uspokoiło jej rozszalałe serce i sprawiło, że naprawdę zaczęła się dobrze bawić. Filip zerwał jej z głowy mysie uszy, rzucił je gdzieś i obrócił ją w miejscu. Wpadła znowu w jego ramiona – tylko ich dwoje w morzu przebierańców – i uczepiła się jego kamizelki. Nie chciała go puścić, mogłaby tak zostać na lata i on też musiał to poczuć, bo się zatrzymał. Już nie tańczyli, tylko trwali tak pośrodku tłumu.

A potem wydarzenia zaczęły po sobie następować zbyt szybko. Maria w pierwszej chwili nawet nie zauważyła, kto odepchnął ją w bok. Czyjeś dłonie przytrzymały ją nim upadła na podłogę, a jakaś postać skryta pod przebraniem smoka zderzyła się z Filipem.

Maria dałaby sobie głowę uciąć, że gdyby nie muzyka, wszyscy obecni na sali usłyszeliby huk.

Filip i smok trzasnęli o ziemię i zniknęli w kotłowaninie pięści i okrzyków.

– Mówiłam ci, kochanieńka, że Rafał to samo zło.

Pierzasta draq queen trzymała ją za ramię, a jej ptasie spojrzenie wwiercało się w Marię.

– To nie Rafał! – zawołała Maria.

Nagle muzyka ucichła, a wszyscy spojrzeli na bijących się mężczyzn. Maska smoka spadła, a spod niej wynurzyła się wykrzywiona wściekłością twarz.

– DOŚĆ! – rozległ się piskliwy krzyk. To królowa wrzeszczała do mikrofonu. Wycelowała palec w stronę wciąż okładających się smoka i Filipa. – Wyprowadzić ich! – zapiała z furią. – Już! Wyprowadzić ich obu!

Ochroniarze wyłonili się jak spod ziemi i porwali obu mężczyzn. Ci szybko znikli z oczu Marii.

– Historia wariata nie ma w sobie ani krztyny prawdy.

– Co?

Pierzasta puściła Marię, a muzyka ponownie ryknęła. Tłum połączył się w tańcu, jakby nic się nie stało. Przez chwilę kobieta chciała dopytywać, ale nie zamierzała marnować chociażby kolejnej sekundy na normalność. Rozpychając się, wyrwała z tłumu i wypadła na zewnątrz.

Nie miała się co obawiać – Filip czekał na chodniku. Miał rozwalony łuk brwiowy i przeciętą wargę, krew wolno skapywała na jego kamizelkę.

– Ty krwawisz! – zawołała Maria.

Rozłożył ręce.

– Nie pierwszy raz.

Spadł deszcz, Maria poczuła jak grube, zimne krople uderzają w jej twarz, przedramiona, nagie łydki. Ochroniarz-żółw chwycił swoje krzesełko i zniknął w Talii Kart. Została na ulicy sam na sam z Filipem. Budynki wokół zniknęły za zasłoną wody. Ubrania przykleiły się do ich ciał, ale żadne z nich się nie ruszyło, nie uciekło przed deszczem, a Filip wciąż stał z rękoma rozłożonymi na boki.

– Dlaczego? – wyszeptała.

Ani drgnął.

– Jesteśmy dwiema stronami tej samej monety, ale jakimś cudem mamy inną wartość. Ja jestem wart tyle, co moja krew, a on tyle, co jego uczynki. Tylko, że to ja zawsze płacę.

Deszcz opłukał jego rany, ale Maria wciąż bała się do niego zbliżyć.

Wreszcie opuścił ramiona.

– Powinienem móc cię zdobyć, ale świat mi na to nie pozwoli – powiedział. – Mogłem przynieść kwiaty, spotkać cię wcześniej, być bardziej czarujący… Dopóki cię dzisiaj nie spotkałem, musiałem udawać, zmuszać się do szukania magii w świecie, ale ona była tuż pod moim nosem. Miłość to magia. Ale ja nie jestem czarodziejem… Przepraszam. – Ponownie rozłożył ręce, ale tym razem nieustępliwość spłynęła z jego twarzy, zastąpiona kapitulacją. – To jest wszystko, co mam ci do zaoferowania.

– Wystarczy – wyrzuciła z siebie Maria.

Jego ramiona zamknęły się wokół niej, gdy na niego wpadła. Z zamkniętymi oczami odnaleźli swoje usta. Ulica świeciła pustkami, noc wkradła się do okien, ale oni błyszczeli jak gwiazdy.

Wreszcie jednak odsunęła się od niego, otwierając oczy. Obudziła się. Wreszcie się obudziła.

:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *