Maraton The Defenders

Przeczytałam już wiele recenzji na temat The Defenders i większość z nich wcale nie była pochlebna. A jeśli mówiła, że dobra rozrywka, to i tak wytykała setkę błędów. Uznałam jednak, że zasięgnę opinii najlepszych… czyli swojej! Po co spać, kiedy można zrobić Netflix and chill w towarzystwie nachosów?!


Jedna z pierwszych rzeczy jakie zarzucają defndersom, to że wolno się rozwijają, wprowadzają każdego bohatera, dając mu backup, jakby widz nie widział Daredevila, Jessici Jones, Luke’a Cage’a i Iron Fista… Cóż, przyznam się bez bicia, że ja widziałam tylko dwa pierwsze. Daredevil, był fantastyczny, Jessica Jones bardzo dobra. Co do Cage’a obejrzałam jakieś cztery odcinki, ale mnie nie wciągnął. Nieśmiertelny Iron Fist… Nawet nie włączyłam pilota. Poza tym od czasu tych seriali widziałam wiele innych, życie się toczyło, gangsterskie sprawy trzeba było załatwiać, więc moim zdaniem to wprowadzenie jest całkiem rozsądną opcją. Just saying!

Jednym z pierwszych rzeczy, jakie od razu wprowadzają nas w klimat, jest opening. Można się spierać o wiele rzeczy, ale do tego jednego na pewno nie można się przyczepić.

 

 

 

 

 

 

Do rzeczy jednak. Wszyscy tak marudzą, więc i ja pomarudzę! Otóż jest jedna rzecz, która najbardziej mnie bolała: CZARNE CHARAKTERY! Aleksandra grana przez cudowną jak zawsze Sigourney Weaver była postacią – lekko mówiąc – płaską. Nie budziła we mnie żadnych emocji i właściwie cała jej rola skupiała się na tym, żeby słuchać dobrej muzyki i wcinać jakieś fancy jedzenie. No i pokazać, że ta cała Ręka, to gromada ludzi, którzy sobie nie ufają i nie do końca wiedzą, co robią. Tak naprawdę tylko defendersi powtarzali non stop, jacy to groźni przeciwnicy i jak gotowi na wszystko, ale nie widziałam odbicia tego w rzeczywistości. Tak samo Wilson Fisk, jak i Kilgarve – nemezis Daredevila i Jessici Jones – to były postacie wielowymiarowe, dobrze ukazane i, co najważniejsze, groźne. Tutaj stawka jest bardzo wysoka, bo jest nią życie ośmiu milionów ludzi, ale ciężko to odczuć. Może dlatego, że Ręka nie jest zbyt dobra we wprowadzaniu swojego mrożącego krew w żyłach planu w życie. Właściwie wiele razy zastanawiałam się, czy oni w ogóle mają jakiś plan? Chyba nie mieli.

Sytuację jednak ratują główne postaci. Powstaje paring: Daredevil i Jessica, Iron Fist i Luke. Bardzo dobry swoją drogą, bo Jessica kpi z Daredevila, dodając mu trochę luzu, a Luke kpi z Iron Fista, naprawiając tę pompatyczność, która podobno była jedną z wad serialu IF. Między całą czwórką jest chemia, którą dobrze się ogląda. Ich dialogi są fajnie rozpisane i można nie raz śmiechnąć. A to przecież bardzo ważne w superbohaterskim „kinie”. Dobrze było też zobaczyć sideckików naszych superbohaterów, na pewno brakowałoby mi Foggiego i Claire. Szkoda, że Trish miała bardzo małą rólkę, ale przynajmniej dostała swój kawałek sceny, to zawsze coś. Co jednak zasługuje jeszcze na wspomnienie, to sceny walk. tutaj też są małe wpadki, ale ogólnie osiem na dziesięć, bo jest na czym oko zawiesić. Jest nawet scena walki w korytarzu*, gdzie cała czwórka pierwszy raz staje po jednej stronie i to miły ukłon w stronę pierwszego sezonu Daredevila.

 

Podsumowując: serial dupy nie urywa, ale bardzo dobrze się go ogląda. Historii brakuje dramatyzmu, a czarne charaktery są raczej mało przejmujące, ale sceny robią robotę, a dialogi są dobrze rozpisane.  Nie jest to klasa pokroju Daredevila czy Jessici, ale nie można powiedzieć, żeby było też tylko dla fanów, bo to taka rozrywka dla wszystkich. A zakończenie… no mi się łezka w oku zakręciła! Tak czy siak, polecam! Sezon ma osiem odcinków, które ogląda się jak przyjemny, długaśny film. Bing watching w pełnym rozkwicie!

Buziaki! Maddie ^^

*kto nie widział, niechaj paczy!

:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *